
Bartłomiej Misiewicz
Etat w samorządzie to pewna i stabilna praca. Pracownik samorządowy oprócz wypłaty otrzymuje nagrody, premie i tzw. 13-tki, a jego pracę trudno objąć wskaźnikami wydajności. Dodatkowo nie ponosi on żadnej odpowiedzialności za swoje błędy, prawo w tym zakresie co prawda przewiduje kary, lecz jest martwe. Nie może więc budzić zdziwienia, iż etaty samorządowe stanowią łakomy kąsek, szczególnie w małych miejscowościach o niewielkim uprzemysłowieniu. Etos urzędnika służącemu społeczeństwu uległ znaczącej symplifikacji, obecnie to sposób na życie, dodajmy łatwe życie. Stąd zatrudnianie w urzędach osób z klucza rodzinno-partyjnego stało się regułą, bo komuż jak nie rodzinie czy partyjnym kolegom należy pomagać? W naszej małej społeczności jaką tworzymy w Lidzbarku Warmińskim, doskonale wiadomo kto gdzie pracuje i dzięki komu lub czemu. Czy jednak mamy na tyle odwagi, aby o tym mówić na forum publicznym? Czy jesteśmy w stanie sprzeciwić się temu procederowi, bo z całą odpowiedzialnością możemy stwierdzić iż istnieje i ma się dobrze. Ilu „Misiewiczów” pracuje w naszych urzędach samorządowych? Niech się wypowiedzą czytelnicy.
Zachęcamy do lektury poniższego tekstu, pochodzi on z serwisu samorządowego PAP
„Włodarze samorządowi zatrudniają tylko swoich. Nieważne jest wykształcenie, wiedza, umiejętności. Liczą się koligacje – piszą Czytelnicy. Prezentujemy przegląd komentarzy.
Jak poinformowaliśmy, zdaniem prezesa Regionalnej Izby Obrachunkowej w Krakowie Janusza Kota w samorządach brakuje kontroli zarządczej. „Jeśli w samorządzie trafi się dobry fachowiec to ma coraz więcej pracy. Natomiast jeśli przyjdzie leser lub ktoś niekompetentny, zatrudniony po znajomości, to pracy będzie miał coraz mniej. Bo co mu się da, to zrobi źle. Brakuje w samorządach stosowania takiego mechanizmu, że jeśli pracujesz źle, nie radzisz sobie, to musisz szukać zatrudnienia gdzie indziej” – powiedział podczas debaty na Forum Regionów w Krynicy.
Jak wynika z postów zamieszczonych na forum naszego serwisu, Państwa obserwacje potwierdzają opinię prezesa krakowskiej RIO. Publikujemy wybrane komentarze.
Dopust pisze: „(…) Przecież w samorządach włodarze zatrudniają tylko swoich. Nieważne jest wykształcenie, wiedza, umiejętności. Liczą się koligacje i to, co można wyciągnąć w zamian za zatrudnienie po przyjacielsku (…)”.
„(…) Nikt nie zwolni takiej osoby bo to +szwagier radnego+ albo +kochanka dyrektora UP+, albo po prostu +syn kadrowej+ i +córka kierowniczki innego działu+. Nie do ruszenia. Nigdy nie będzie dobrze. W naszym urzędzie naliczyłem 3 rodziny i każda z nich po ok. 4 osoby (np. matka i jej siostra, mąż, dwie córy) – one zawsze się będą bronić (…)” – komentuje Azejberdzan.
„(…) Więcej pracy dla osoby, która dobrze pracuje niestety nie pociąga za sobą dodatkowego wynagrodzenia. Zazwyczaj jest tak, że skoro sobie radzisz z 10-cioma zadaniami, to damy 11-te w ramach zakresu czynności. Chore. A ci po znajomościach, którzy w zasadzie nic nie potrafią, oprócz pokazywania dobrych relacji z szefem, co chwila nagroda, podwyżka. Gdzie weryfikacja przepisów i umiejętności? Wtedy by wyszło, że znajomi szefa nic nie umieją, ale nikt nawet tego nie weryfikuje. Tak jak w administracji rządowej… liczy się mierny, ale wierny” – dodaje użytkownik o nicku ja.
Anna zwraca uwagę: „Wynagrodzenia młodych pracowników są relatywnie wyższe od doświadczonych bo wg. burmistrza lepiej pracują niż starzy. No i młody zawsze jest +wdzięczny informacjami+ dla burmistrza, a stary to wie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Czas płynie i nikt go nie zatrzyma. A władza się zmienia i ci dzisiaj młodzi za kilka lat, jak dopracują, też będą starymi pracownikami i co wówczas powiedzą w kwestii zarobków?”.
„Musiałyby być ustanowione wymagania kwalifikacyjne na kierownika urzędu i nabór na to stanowisko powinni przeprowadzać fachowcy, a nie wyborcy” – stwierdza odpolitycznienie urzędów.
Dolphin podkreśla: „(…) Dzisiaj jest tak, że przepisy pozwalają w samorządach tworzyć kolejne do niczego nieprzydatne komórki, które nie mają żadnych istotnych zadań. Najlepszym przykładem są tzw. gabinety. Ale tą patologię wprowadziła nowelizacja (…), która dopuściła do zatrudniania kolesi kolesi, czyli asystentów i doradców. Nie będę się rozpisywał, jak to w praktyce wygląda. Ale każdy urzędnik doskonale wie, że to są ludzie od niczego za maksymalne możliwe na tych stanowiskach pieniądze (…)”.
Azejberdzan podsumowuje: „Jedno wielkie bagno – tego się nie da uregulować, nie da się po prostu”.”